5 projektów pobocznych artystów, których znasz

Eksploracja świata muzycznego, sposób na zabicie czasu, czy po prostu chęć rozwoju w innym kierunku to kilka z wielu powodów, dla których wielu znanych artystów zakłada projekty poboczne. Spora ilość z nich zazwyczaj kończyła się na wydaniu jednego albumu i trasie koncertowej, lecz dla największych melomanów są one w zupełności wystarczające, aby dostrzec nieznaną stronę muzyków. Dzisiaj przyjrzymy się pięciu projektom muzyków, których zapewne znacie, a nie wiedzieliście, że ogarniają na boku drugi etat.


Painted Shield

fot. Materiały Prasowe

W skład Painted Shield wchodzą muzycy znani ze stałych oraz chwilowych występów z grupą Pearl Jam – wieloletni gitarzysta grupy z Seattle Stone Gossard oraz perkusista Matt Chamberlain, który zastępował w 1991 borykającego się z uzależnieniami Dave’a Krusena. Obok nich w line-up’ie znajdziemy takie nazwiska jak piosenkopisarz Mason Jennings i wokalistka Brittany Davis. Początki zespołu sięgają roku 2013, kiedy Gossard i Chamberlain spotkali się, aby wspólnie pracować nad instrumentalnymi demówkami.

Painted Shield określa swoja muzykę jako naginający gatunek mix klasycznego rocka, elektroniki i współczesnego folk-popu. Ich debiutancki album ukazał się w 2020 roku, nakładem wytwórni Loosegroove Records, założonej w 1994 roku przez Gossarda.


ANTEMASQUE

fot. Materiały Prasowe

W 2014 roku, Omar Rodríguez-López i Cedric Bixler-Zavala, członkowie zespołów takich, jak At the Drive-In czy The Mars Volta, połączyli siły ze znanym jako Flea Michaelem Balzarym oraz muzykiem sesyjnym Davidem Elitchem. W wyniku tej fuzji, powstała tylko jedna płyta, określana mianem szarżującego punk rock’a przemieszanego z romantyzmem. Magazyn NME dość odważnie powiedział o piosence 50,000 Kilowatts, że jest ona najlepszym utworem duetu López-Zavala, jaki kiedykolwiek razem napisali.

W 2015 w internecie zawrzało, gdy ukazało się 8 piosenek zapowiadających nowy album, który – jak do tej pory – nie został wydany. W tym samym roku z zespołu odeszli Flea oraz Elitch, którzy zostali zastąpieni odpowiednio przez Marfreda Rodríguez-Lópeza oraz znanego z Blink-182 Travisa Barkera.


Jubilee

fot. Materiały Prasowe

Jubilee to zespół założony w 2007 roku przez gitarzystę Nine Inch Nails Aarona North’a. W składzie znajdziemy również basistę Queens of the Stone Age Michaela Shumana, Troya „Boy” Petreya, Jenni Tarmę oraz Tony’ego Bevilacqua. Styl muzyczny zespołu określany jest jako indie rock, a sami muzycy określają swoją twórczość mianem spójnej mieszanki Neila Younga, Blur, Jane’s Addiction, Creedence Clearwater Revival, jak i również The Verve.

Formacja wydała zaledwie kilka singli, które zresztą nie spotkały się z aprobatą zespołu, który krótko po tym się rozpadł. Ciekawostką za to jest fakt, że za garami swoich sił w kapeli próbowali Dave Grohl i Trent Reznor.


The Breeders

fot. Materiały Prasowe

Kim Deal z zespołu Pixies (tak, tego od tej piosenki z Fight Clubu) oraz Tanya Donelly z Throwing Muses założyły w 1988 roku zespół The Breeders, grający muzykę alternatywną. Zespół wydał 5 albumów, z czego ostatni w 2018 roku. Debiutancki krążek POD z 1990 roku odbił się niemałym echem w świecie muzycznym, a nawet został wymieniony jako jeden z ulubionych albumów Kurta Cobaina.

Na przestrzeni lat skład zespołu się zmieniał, a współzałożycielka grupy Tanya Donelly po nagraniu pierwszej płyty została zastąpiona przez siostrę bliźniaczkę Kim – Kelley. Formacja wciąż jest aktywna, a w jej skład oprócz sióstr Deal wchodzi jeszcze Josephine Wiggs i Jim Macpherson.


MSTRKRFT

fot. Materiały Prasowe

Założony w 2005 roku przez basistę Death From Above 1979 Jesse F. Keelera oraz Al-P duet MSTRKRFT (wym. Master Craft) tworzy muzykę z pogranicza elektro-popu i dance-punku. Wyprodukowane przez kanadyjczyków remixy piosenek artystów takich jak Justice, Kylie Minogue, czy Katy Perry zdobyły aprobatę wykonawców wersji oryginalnych, a nawet znalazły się również na playlistach wielu gier komputerowych – Saints Row 2, Need For Speed: Pro Street czy Dirt 2.

Ostatni krążek duetu ujrzał światło dzienne w październiku 2020 roku.

Brian Warning

W ostatnich dniach bardzo głośno zrobiło się wokół Briana Warnera, znanego szerszej publiczności pod pseudonimem Marilyn Manson. Była partnerka muzyka urodzonego w Ohio, Evan Rachel Wood, oskarżyła Warnera o wykorzystywanie seksualne. Na reakcję pracodawców Marilyna Mansona nie trzeba było długo czekać. Z muzykiem kontrakt zerwała wytwórnia fonograficzna, został też wyrzucony z obsady „Amerykańskich Bogów”. Krótko po pierwszych oskarżeniach cztery kobiety dodały swoje 3 grosze do całej sprawy, solidaryzując się z byłą dziewczyną artysty.

Nieco ponad dwa lata związku wystarczyły, aby Evan Rachel Wood przeżyła piekło. Marilyn Manson rzekomo (używam tego słowa ze świadomością tego, że póki co są to oskarżenia – sąd nie zajął się jeszcze tą sprawą) znęcał się nad Wood psychicznie, fizycznie, seksualnie, a nawet pada stwierdzenie, że wyprał jej mózg. To, czy tak faktycznie było, ocenią amerykańskie organy śledcze, natomiast fakt, że oskarżenia Wood były tak naprawdę wierzchołkiem góry lodowej, wcale muzykowi nie pomaga.

A te oskarżenia są bardzo mocne.


Lawina ruszyła

Ashley Walters

Kolejną osobą, która zabrała głos w sprawie gwiazdora, była Ashley Walters. Jako jedyna nie była spowinowacona z Mansonem, z którym po prostu współpracowała. Zaufanie kobiety zdobył bardzo szybko, a ich przyjaźń rozwinęła się tak bardzo, że postanowili sobie zrobić jednakowe tatuaże. Muzyk z kolei przekraczał barierę przyzwoitości na linii szef-pracownik. Współpraca Ashley z Brianem rozpoczęła się w 2010 roku, gdy artysta zaproponował fotografce opiekę nad jego social mediami, a potem posadę jego prywatnej asystentki. Ashley oskarżyła Mansona o używanie sztuczek psychologicznych, które miały mu pozwolić na kontrolowanie jej umysłu oraz tortury. Muzyk miał też traktować fotografkę jak swoją własność, a nawet oferować jej ciało swoim współpracownikom. W oświadczeniu na swoim Instagramie, Walters napisała:

Nadal cierpię na PTSD i zmagam się z depresją. Utrzymuję kontakt z wieloma osobami, które pod jego kontrolą przeszły własne traumy. (…) Brian Warner musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności.


Sarah McNeilly

Kolejną osobą, która wypowiedziała się na temat zachowań Mansona, była modelka Sarah McNeilly. Oliwy do ognia dolała mówiąc o karach, które Warner stosował wobec kobiet, gdy te według niego zachowywały się źle, lub nieposłusznie. Pojawiła się również wzmianka o tym, jakoby zwierzęta domowe kobiet, z którymi spotykał się muzyk, były zabijane – właśnie w ramach „kary”. W swoim oświadczeniu McNeilly napisała:

W wyniku tego, jak mnie traktował, cierpię na problemy ze zdrowiem psychicznym i PTSD, które wpłynęły na moje relacje osobiste i zawodowe, poczucie własnej wartości i osobiste cele. Myślę, że (Manson) rujnuje ludziom życie. (…) Chcę, żeby Brian został pociągnięty do odpowiedzialności za swoje zło.


Ashley Lindsay Morgan

Ashley Lindsay Morgan – modelka i kolejna ofiara Mansona, powiela zdanie byłych partnerek artysty i dodaje, że Warner znęcał się nad nią psychicznie, fizycznie i emocjonalnie, a miało nawet dochodzić do cięć, czy podpaleń ciała modelki. Marilyn Manson zwabił modelkę do Los Angeles propozycją współpracy, w sposób niemal identyczny jak zrobił to z Ashley Walters – przez social media. Wykorzystując swoją pozycję, zdobył zaufanie Morgan, która po jakimś czasie wprowadziła się do domu muzyka, w którym to miało dojść do zmiany zachowania i zdemaskowania jego prawdziwej strony. W swoim oświadczeniu napisała:

Wyrzucał mnie z domu bez ubrania, jeśli zasnęłam o trzeciej nad ranem. Nie wolno mi było jeść, spać ani wychodzić. (…) Nie chcę, żeby robił to komukolwiek innemu i czuję się odpowiedzialna za to, że inne kobiety były ranione przez tak długi czas.


Słodkich snów, Marilyn

Wes Borland

Do wyżej wymienionych kobiet dołączyło jeszcze wiele osób z branży muzycznej, tacy jak Corey Feldman, czy były gitarzysta Mansona, a obecnie grający w Limp Bizkit Wes Borland:

Byłem w jego zespole przez dziewięć miesięcy. Nie jest świetnym facetem. I wszystko, co ludzie o nim mówią, jest cholernie prawdziwe.

Sam oskarżony z kolei posunął się do enigmatycznego i niczego niewyjaśniającego stwierdzenia, że:

Oczywiście moja sztuka i życie od dawna są magnesami dla kontrowersji, ale te ostatnie twierdzenia o mnie są strasznym zniekształceniem rzeczywistości.

Jednak gdy oskarżenia sypią się jak z rękawa, coraz mniej możemy wierzyć w jakąkolwiek niewinność oskarżanej osoby. W Stanach Zjednoczonych prowadzone jest już śledztwo w sprawie zachowań Marilyna Mansona, które – miejmy nadzieję – rozwieje wszelkie, pozostałe wątpliwości względem tej osoby. Dzisiaj powinniśmy jednak sobie zadać kilka pytań – jakim cudem te oskarżenia nie wypłynęły wcześniej? Jakim cudem ten człowiek przez kilkanaście lat chodził po świecie w przeświadczeniu swojej niewinności? Ile osób tak naprawdę zniszczył?

Pamiętajcie, jeśli znacie osobę, która doświadcza przemocy domowej, pod numerem 800 120 002 można uzyskać wsparcie, pomoc psychologiczną, czy informacje o możliwościach uzyskania pomocy najbliżej miejsca zamieszkania.

Odsłuch: Dot Hacker – Divination

Muzycy supergrupy z Los Angeles, w skład której wchodzą gitarzysta i wokalista Josh Klinghoffer, gitarzysta Clint Walsh, basista Jonathan Hischke oraz perkusista Eric Gardner, przyzwyczaili swoich fanów do czekania na nowy materiał. Od ostatniego wydawnictwa minęły 4 lata i nie ma się czemu dziwić, ponieważ członkowie tej formacji byli zaangażowani w naprawdę imponującą ilość pobocznych projektów.

Klinghoffer wykorzystał poprzedni rok na nagranie dwóch solowych płyt oraz kilku singli. Walsh w towarzystwie kompozytora Clinta Mansella, znanego chociażby z Requiem For a Dream, pracowali nad własną wersją albumu „Berlin” autorstwa legendarnego Lou Reed’a. Hischke z kolei, w zamierzchłych czasach wolnego koncertowania, jeździł po świecie z dinozaurami desert rocka – Masters of Reality, punk rockowym Cigar oraz eksperymentalnym The Sound of Animals Fighting. Gardner z kolei zajęty był nagrywaniem solowego krążka Toma Morello oraz zagrał kilka sztuk z Garbage.


Pokaż mi dzisiejszy świat

Od pierwszych sekund Josh Klinghoffer anielskim wręcz głosem rozpoczyna rozmowę ze słuchaczem, dodając do tego podobnie błękitną oprawę muzyczną. Spokojna rozmowa po chwili przeradza się w burzliwą dyskusję, a ta w połowie, gdy sekcja rytmiczna swoją dynamiką przypomina już pijane rozmowy na nielegalnym rejwie gdzieś w piwnicy u kolegi z Poznania. Dla fanów muzyki amerykańskiego kwartetu nie jest to żadnym zaskoczeniem, ponieważ Dot Hacker jest jednym z zespołów nielubiących się z powtarzalnością i stara się „zmieścić” jak najwięcej w niecałych czterech minutach. Piosenka kończy się linią melodyczną wokalu graną na pianinie – zapewne przez Klinghoffera.


Ochota na więcej

Po wielokrotnym odsłuchaniu Divination czuję, jakby ten utwór już od dłuższego czasu gościł w moich słuchawkach. Zadomowił się szybko i na dobre i nie odpuszcza. Zespół, który wydaje nowy materiał z częstotliwością igrzysk olimpijskich zdecydowanie narobił smaka na rozszerzone wydawnictwo, które mam nadzieję, niedługo się ukaże.

Nową piosenkę Dot Hackera odsłuchacie TUTAJ. Divination można również zakupić za 1$, aby – tak jak ja – katować ten utwór godzinami.

Drony, Pepsi i Transseksualność

Kilkanaście dni temu Stany Zjednoczone i reszta świata odetchnęły z ulgą, gdy Donald T., chyba najgorszy w historii prezydent USA, ustąpił ze stanowiska. Z każdej strony było widać, że Pomarańczowy Imperator nie zna twórczości zespołu Perfect, a szkoda. Jednak to, że zszedł ze sceny (politycznej) pokonanym, nie oznacza braku wkładu w rozwój kultury muzycznej jednego z najbardziej wpływowych na popkulturę krajów. Pozostaje tylko pytanie – czy buntowniczy zryw wykonawców można nazwać rozwojem? Czy punk żyje, czy wraz z Sidem Viciousem, którego czterdziesta druga (!!!) rocznica śmierci przypadająca 2 lutego, pali szlugi kilka metrów pod ziemią?

Rok 2017 rozpoczął się od zaprzysiężenia Trumpa na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ceremonia trwała kilka minut krócej, niż Echoes zespołu Pink Floyd, czego odsłuchanie byłoby na pewno ciekawszym zajęciem, niż oglądanie inauguracji prezydentury tego pana. Nieco ponad dwa tygodnie później, dokładnie 4 lata temu, miała miejsce największa impreza sportowo-reklamowa w Stanach, czyli Super Bowl LI.

I wtedy się zaczęło.


111 milionów widzów

Podczas „Superbowl LI Halftime Show” wystąpiła Lady Gaga, która swój koncert rozpoczęła od mash-up’u „God Bless America” Irvinga Berlina i „This Land Is Your Land” Woody’ego Guthrie. Autor pierwszego utworu, nazywanego zresztą nieoficjalnym hymnem Stanów Zjednoczonych, Irving Berlin, był żydowskim imigrantem z Syberii, o czym chyba wielu republikanów w swojej hipokryzji zapomina. Mash-up dopełniło ok. 300 dronów, które utworzyły podniebną flagę USA, która później, zgodnie z tym czego możemy się spodziewać po takiej potędze jak Stany Zjednoczone, zmieniły później formację tworząc logo sponsora głównego Super Bowl LI – Pepsi, ponieważ nie ma nic bardziej amerykańskiego, niż setki dronów tworzących na niebie logo globalnej korporacji. Taki początek Halftime Show nie zapowiadał pstryczka wymierzonego w nos zwolenników Trumpa. Tym pstryczkiem były słowa wyśpiewane przez Gagę wprost przed ówczesnym wiceprezydentem Mike’em Pence’em:

„No matter gay, straight or bi, lesbian, transgender life – I’m on the right track, baby. I was born to survive. No matter black, white or beige, chola or Orient made – right track, baby, I was born to be brave.”

Wiele osób będzie się zapewne spierać o to, czy Lady Gaga zaśpiewała „Born This Way” jako sprzeciw wobec polityki społecznej Trumpa, symboliczny środkowy palec pokazany Pence’owi, czy po prostu słowa wsparcia dla wciąż zbyt często stygmatyzowanej społeczności LGBT, która zresztą uważa ten utwór za swój hymn. Wiemy, że wybór nie był przypadkowy i fanów flagi Skonfederowanych Stanów Ameryki zdecydowanie zapiekł fakt, że podczas największej imprezy sportowej w kraju został poruszony ten drażliwy (przynajmniej dla nich) temat.
Sama Lady Gaga zresztą wielokrotnie wykazywała zainteresowanie tematem oraz wsparcie osób LGBT w tekstach swoich piosenek, czy też podczas publicznych wypowiedzi. Jednym z bardziej znanych cytatów jest humorystyczne porównanie orientacji seksualnej do brokatu – „Being gay is like glitter, it never goes away.”.


Ta Lady ma pazur!

To, czy możemy Lady Gagę nazywać pierwszą artystką, która „postawiła się” Trumpowi jest kwestią umowną, natomiast nie ulega wątpliwości, że jej wyczyn był totalnie, absolutnie, zdecydowanie punkowy. Co nie jest punkowego w sprzeciwie wobec władzy, wyśpiewanym wprost przed tą władzą i jej zwolennikami? Punk żyje, jest obecny nawet w muzyce popularnej, a sam Sid byłby dumny. Natomiast lista „zbuntowanych” artystów, którzy sprzeciwili się polityce Trumpa, z każdym wiecem poparcia, czy inną republikańską imprezą się powiększała. I tutaj możemy zacząć kłótnię na temat tego, czy swego rodzaju „ban” na Trumpa, nałożony przez artystów, w jakimkolwiek stopniu zaszkodził jego prezydenturze. Jedno jest pewne. Nieważne kim się jest, jeśli artysta osobiście zabrania Ci rozpowszechniania w JAKIKOLWIEK sposób swojej twórczości, to dla nawet niedzielnego fana jest to cios prosto w splot słoneczny. A takimi artystami byli i są między innymi:

O czym to świadczy? O tym, że zespoły muzyczne uwzięły się na Trumpa, czy może o tym, że zespoły mające miliony słuchaczy na całym świecie najzwyczajniej w świecie nie chcą być w najmniejszym stopniu kojarzeni z urzędem Donalda Trumpa? Niezależnie od odpowiedzi, możemy zauważyć jak ogromny wpływ miał bunt artystów w Stanach Zjednoczonych. Dało to kopa wielu zespołom; w USA, Polsce, za granicą, niekoniecznie wywodzących się spod skrzydeł wielkich wytwórni, do tworzenia muzyki, która szczerze opisuje ich niezadowolenie. Na rodzimym podwórku możemy obecnie zauważyć większą aktywność studyjną raperów, piosenkarzy, czy zespołów, którzy już coraz mniej przebierają w słowach i coraz częściej kierują swoją coraz bardziej szczerą lirykę bezpośrednio do rządu, czy społeczeństwa. Pozostaje się cieszyć, że póki co nie jest to w żaden sposób cenzurowane.

Punk odżywa, tylko jest za mało wkurwiony.

Start

Jak się w ogóle do tego zabrać? Co powie X, a co Z? Co z tego będę mieć? Dlaczego się przejmuję, skoro nie staram się nikomu zaimponować?

Z takimi problemami spotyka się niemal każdy artysta, który zamierza dzielić się cząstką swojej duszy z innymi. I są tacy, którym ten start wyjdzie. Przykładowo, zespół Royal Blood wszedł na scenę muzyczną z siłą miliona słońc, co po ostygnięciu spowodowało falę delikatnego zawodu wśród fanów brytyjskiego duetu. Chłopaki jeszcze przed wydaniem pierwszej płyty mieli rzeszę fanów na całym świecie, zagrali wyśmienitą serię koncertów, w tym sławetny gig na pewnym festiwalu w Gdyni (jeszcze mi nie płacą za name-dropping), po którym trzeba było wymienić podłogę pod sceną. Pierwsza płyta, zatytułowana po prostu „Royal Blood” zadebiutowała na 1. miejscu UK album chart stając się jednocześnie najszybciej sprzedająca się płytą w tamtym okresie. Ci sami fani, którzy łamali deski w Gdyni podczas koncertu chłopaków, czekali dość długo na LP numer 2.

I się rozczarowali. Czy materiał na „How Did We Get So Dark” był zły? Nie, absolutnie. Był lżejszy, fakt, ale to nie oznacza, że był zły. Po prostu wchodząc na rynek z takim towarem, ludzie zaczynają wymagać więcej i więcej. I to właśnie oczekiwania ludzi wobec Royal Blood spowodowały, że następca debiutu jest do dziś odbierany jako średni krążek.

Piszę o tym z kilku względów. W BBC Radio 6 usłyszałem ostatnio Typhoons, najnowszy singiel tego duetu, który jest utrzymany w bardziej tanecznej stylistyce, niż cokolwiek, co do tej pory wydali panowie Kerr i Thatcher. I jest to dobry utwór. Świeży. Może to, że w jakimś stopniu zapomnieliśmy o tej kapeli, zapewniło nam powiew świeżości z głośników.

Mógłbym rozpisywać się godzinami, lecz nauczony debiutem Royal Blood wiem, że lepszy jest niedosyt, niż przesyt.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij