Kilkanaście dni temu Stany Zjednoczone i reszta świata odetchnęły z ulgą, gdy Donald T., chyba najgorszy w historii prezydent USA, ustąpił ze stanowiska. Z każdej strony było widać, że Pomarańczowy Imperator nie zna twórczości zespołu Perfect, a szkoda. Jednak to, że zszedł ze sceny (politycznej) pokonanym, nie oznacza braku wkładu w rozwój kultury muzycznej jednego z najbardziej wpływowych na popkulturę krajów. Pozostaje tylko pytanie – czy buntowniczy zryw wykonawców można nazwać rozwojem? Czy punk żyje, czy wraz z Sidem Viciousem, którego czterdziesta druga (!!!) rocznica śmierci przypadająca 2 lutego, pali szlugi kilka metrów pod ziemią?
Rok 2017 rozpoczął się od zaprzysiężenia Trumpa na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ceremonia trwała kilka minut krócej, niż Echoes zespołu Pink Floyd, czego odsłuchanie byłoby na pewno ciekawszym zajęciem, niż oglądanie inauguracji prezydentury tego pana. Nieco ponad dwa tygodnie później, dokładnie 4 lata temu, miała miejsce największa impreza sportowo-reklamowa w Stanach, czyli Super Bowl LI.
I wtedy się zaczęło.
111 milionów widzów
Podczas „Superbowl LI Halftime Show” wystąpiła Lady Gaga, która swój koncert rozpoczęła od mash-up’u „God Bless America” Irvinga Berlina i „This Land Is Your Land” Woody’ego Guthrie. Autor pierwszego utworu, nazywanego zresztą nieoficjalnym hymnem Stanów Zjednoczonych, Irving Berlin, był żydowskim imigrantem z Syberii, o czym chyba wielu republikanów w swojej hipokryzji zapomina. Mash-up dopełniło ok. 300 dronów, które utworzyły podniebną flagę USA, która później, zgodnie z tym czego możemy się spodziewać po takiej potędze jak Stany Zjednoczone, zmieniły później formację tworząc logo sponsora głównego Super Bowl LI – Pepsi, ponieważ nie ma nic bardziej amerykańskiego, niż setki dronów tworzących na niebie logo globalnej korporacji. Taki początek Halftime Show nie zapowiadał pstryczka wymierzonego w nos zwolenników Trumpa. Tym pstryczkiem były słowa wyśpiewane przez Gagę wprost przed ówczesnym wiceprezydentem Mike’em Pence’em:
„No matter gay, straight or bi, lesbian, transgender life – I’m on the right track, baby. I was born to survive. No matter black, white or beige, chola or Orient made – right track, baby, I was born to be brave.”
Wiele osób będzie się zapewne spierać o to, czy Lady Gaga zaśpiewała „Born This Way” jako sprzeciw wobec polityki społecznej Trumpa, symboliczny środkowy palec pokazany Pence’owi, czy po prostu słowa wsparcia dla wciąż zbyt często stygmatyzowanej społeczności LGBT, która zresztą uważa ten utwór za swój hymn. Wiemy, że wybór nie był przypadkowy i fanów flagi Skonfederowanych Stanów Ameryki zdecydowanie zapiekł fakt, że podczas największej imprezy sportowej w kraju został poruszony ten drażliwy (przynajmniej dla nich) temat.
Sama Lady Gaga zresztą wielokrotnie wykazywała zainteresowanie tematem oraz wsparcie osób LGBT w tekstach swoich piosenek, czy też podczas publicznych wypowiedzi. Jednym z bardziej znanych cytatów jest humorystyczne porównanie orientacji seksualnej do brokatu – „Being gay is like glitter, it never goes away.”.
Ta Lady ma pazur!
To, czy możemy Lady Gagę nazywać pierwszą artystką, która „postawiła się” Trumpowi jest kwestią umowną, natomiast nie ulega wątpliwości, że jej wyczyn był totalnie, absolutnie, zdecydowanie punkowy. Co nie jest punkowego w sprzeciwie wobec władzy, wyśpiewanym wprost przed tą władzą i jej zwolennikami? Punk żyje, jest obecny nawet w muzyce popularnej, a sam Sid byłby dumny. Natomiast lista „zbuntowanych” artystów, którzy sprzeciwili się polityce Trumpa, z każdym wiecem poparcia, czy inną republikańską imprezą się powiększała. I tutaj możemy zacząć kłótnię na temat tego, czy swego rodzaju „ban” na Trumpa, nałożony przez artystów, w jakimkolwiek stopniu zaszkodził jego prezydenturze. Jedno jest pewne. Nieważne kim się jest, jeśli artysta osobiście zabrania Ci rozpowszechniania w JAKIKOLWIEK sposób swojej twórczości, to dla nawet niedzielnego fana jest to cios prosto w splot słoneczny. A takimi artystami byli i są między innymi:
- Neil Young, który zresztą odpuścił procesowanie się z Trumpem (link)
- R.E.M.
- Queen
- Sir Elton John
- The Rolling Stones
O czym to świadczy? O tym, że zespoły muzyczne uwzięły się na Trumpa, czy może o tym, że zespoły mające miliony słuchaczy na całym świecie najzwyczajniej w świecie nie chcą być w najmniejszym stopniu kojarzeni z urzędem Donalda Trumpa? Niezależnie od odpowiedzi, możemy zauważyć jak ogromny wpływ miał bunt artystów w Stanach Zjednoczonych. Dało to kopa wielu zespołom; w USA, Polsce, za granicą, niekoniecznie wywodzących się spod skrzydeł wielkich wytwórni, do tworzenia muzyki, która szczerze opisuje ich niezadowolenie. Na rodzimym podwórku możemy obecnie zauważyć większą aktywność studyjną raperów, piosenkarzy, czy zespołów, którzy już coraz mniej przebierają w słowach i coraz częściej kierują swoją coraz bardziej szczerą lirykę bezpośrednio do rządu, czy społeczeństwa. Pozostaje się cieszyć, że póki co nie jest to w żaden sposób cenzurowane.
Punk odżywa, tylko jest za mało wkurwiony.