Start

Jak się w ogóle do tego zabrać? Co powie X, a co Z? Co z tego będę mieć? Dlaczego się przejmuję, skoro nie staram się nikomu zaimponować?

Z takimi problemami spotyka się niemal każdy artysta, który zamierza dzielić się cząstką swojej duszy z innymi. I są tacy, którym ten start wyjdzie. Przykładowo, zespół Royal Blood wszedł na scenę muzyczną z siłą miliona słońc, co po ostygnięciu spowodowało falę delikatnego zawodu wśród fanów brytyjskiego duetu. Chłopaki jeszcze przed wydaniem pierwszej płyty mieli rzeszę fanów na całym świecie, zagrali wyśmienitą serię koncertów, w tym sławetny gig na pewnym festiwalu w Gdyni (jeszcze mi nie płacą za name-dropping), po którym trzeba było wymienić podłogę pod sceną. Pierwsza płyta, zatytułowana po prostu „Royal Blood” zadebiutowała na 1. miejscu UK album chart stając się jednocześnie najszybciej sprzedająca się płytą w tamtym okresie. Ci sami fani, którzy łamali deski w Gdyni podczas koncertu chłopaków, czekali dość długo na LP numer 2.

I się rozczarowali. Czy materiał na „How Did We Get So Dark” był zły? Nie, absolutnie. Był lżejszy, fakt, ale to nie oznacza, że był zły. Po prostu wchodząc na rynek z takim towarem, ludzie zaczynają wymagać więcej i więcej. I to właśnie oczekiwania ludzi wobec Royal Blood spowodowały, że następca debiutu jest do dziś odbierany jako średni krążek.

Piszę o tym z kilku względów. W BBC Radio 6 usłyszałem ostatnio Typhoons, najnowszy singiel tego duetu, który jest utrzymany w bardziej tanecznej stylistyce, niż cokolwiek, co do tej pory wydali panowie Kerr i Thatcher. I jest to dobry utwór. Świeży. Może to, że w jakimś stopniu zapomnieliśmy o tej kapeli, zapewniło nam powiew świeżości z głośników.

Mógłbym rozpisywać się godzinami, lecz nauczony debiutem Royal Blood wiem, że lepszy jest niedosyt, niż przesyt.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij